Urodziny, co zawdzięczam upływowi czasu



Pierwszy czerwca — 152 dzień w kalendarzu gregoriańskim, Międzynarodowy Dzień Dziecka. Data premiera filmu Dawno temu w Ameryce w reżyserii Sergio Leone oraz wystartowania ramówki telewizji CNN. Urodziny Marilyn Monroe, a właściwie Normy Jeane Mortenson.

Tak się dziwnie złożyło, że tego łączącego w sobie wiele ważnych dla popkultury wydarzeń dnia, przyszłam na świat, a było to dwadzieścia siedem lat temu. Grubo po północy moja mama, razem z położnym i kilkoma pielęgniarkami, usłyszeli mój kwilący krzyk. Co zabawne, to krzykactwo pozostało ze mną do dziś. Gdy się emocjonuję, denerwuję, cieszę, bezwiednie podnoszę głos. Nie uważam tego za szczególną wadę, ale spójrzmy prawdzie w oczy, retor ze mnie marny. Za to będąc noworodkiem, później także dzieckiem, niewiele płakałam. Przesypiałam całe noce, nie grymasiłam, potrafiłam znaleźć sobie zajęcie. Trochę pyskowałam, szybko zaczęłam czytać oraz wykonywać różne prace manualne. Lepienie z plasteliny, wyklejanie, w końcu rysowanie. To również ze mną zostało. Gdy ktoś wspomina małą mnie, najczęściej stwierdza "indywidualistka" lub "gaduła". Zdolna, acz leniwa. Przynajmniej według frazesów wypisywanych przez egzaltowane nauczycielki klas 1-3. Z zachowaniem zawsze wzorowym, czego raczej nie potwierdzą kopani przeze mnie na szkolnym korytarzu koledzy. Nie licząc zamiłowania do bijatyk, niewiele się zmieniło. Większość składowych tworzących całość — mnie, weszło jedynie na wyższy poziom, już prawie rozpoczynający się od cyfry trzy. Razem ze zmianą wieku dojrzałam, przewartościowałam swoje poglądy, odebrałam kilka lekcji o życia. A jakich?

Zmień myślenie

Pieniądze to nie wszystko, to wiedziałam zawsze, jednak dopiero niedawno odkryłam, że żyjąc w konsumpcyjnym świecie, powinnam unikać nadmiaru rzeczy. Nawet tych, które kocham — książek. Czasami mniej znaczy więcej, a kompulsywne gromadzenie, nie działa na moją korzyść. Zwracając większą uwagę na same zakupy (np. powody nabywania nowych przedmiotów), zyskałam sporą wolność. Oczywiście nie mówię o braku ograniczeń wynikającym z posiadania zaoszczędzonych pieniędzy na koncie, a wartości nienamacalnej, za to niezwykle istotnej. Poczuciu niezagracenia. Komforcie psychicznym wywołanym idealną ilością ubrań, kosmetyków, bibelotów, jakich używam. Niczego nie muszę chować w szafie na lepsze czasy. Nie muszę mieć pięciu jednakowych produktów na zapas. To, czym dysponuję, jest wystarczające. Przy okazji mogę dbać o naszą planetę! Dlatego dziwi mnie, że tak mało osób mówi o minimalizmie lub zero waste jako stylu życiu. Tymczasem to wspaniały sposób, by mówiąc "Nie, dziękuję" lub "Nie, nie potrzebuję tego", odkryć, że tak naprawdę, mamy już wszystko i cieszyć się tym prostym objawieniem.

Każdy ma swoje racje

To kolejny banał, ale czasami najtrudniej zauważyć oraz zaakceptować nam rzeczy najprostsze. Wszyscy mamy własne zdanie. Możemy wygłaszać opinie i nikt nie powinien obawiać się negatywnych, wrednych lub chamskich komentarzy. W naszym społeczeństwie brakuje dialogu między stronami posiadającymi różne poglądy. Mało który libertarian jest w stanie porozmawiać z konserwatystą. Na trzeźwo wymienić się argumentami. Jednak jak domagać się porozumienia od osób skrajnie odmiennych, gdy nawet we własnych hermetycznych środowiskach nie przyznajemy sobie racji. Rzucamy oskarżeniami bez pokrycia. Krytykujemy, nie prosząc o wyjaśnienie. Ba, często nawet nie chcemy zrozumieć, skąd pochodzi źródło irytującego nas problemu, ponieważ łatwiej jest wyciągnąć pochopne wnioski niż zmierzyć się z prawdą. Poszerzyć perspektywę. Zwyczajnie porozmawiać. Dlatego w ostatnich latach doszłam do ciekawego wniosku, który oszczędza mi sporo frustracji. Gdy ktoś nie posiada przesłanek, by rozpocząć ze mną jakąkolwiek polemikę, oczywiście kulturalną, na poziomie, ignoruję taką osobę, a to prowadzi do kolejnego podpunktu.

Nie wszyscy muszą mnie lubić

Co za tym idzie, ja nie muszę darzyć sympatią wszystkich. Gdy stwierdzam, że ktoś mnie irytuje, jest dla mnie toksyczny, wywołuje we mnie negatywne emocje, zwyczajnie odcinam się od tej osoby. Blokuję na Instagramie, przestaję obserwować na Facebooku, wyłączam subskrybuje na YouTube, a nawet zrywam kontakt w codziennych relacjach. Nie uważam, by było to zachowanie niedojrzałe. W czasie, gdy ze wszystkich stron otaczają nas social media oraz pozornie idealne życie innych ludzi, także naszych znajomych, mam(y) prawo być egoistką. Dbać o siebie. Zdrowie psychiczne nie jest warte kilku sztucznych uśmiechów. Standardowo przeprowadzonych small talków. Jak sama sarkastycznie stwierdzam, jestem za stara na dramy. Walczyć mogłam o zabawki w piaskownicy, nie o atencję ludzi, którzy ową uwagą nie chcą mnie obdarzyć. Dlatego nie muszę wiecznie być radosna. Mam prawo czuć zirytowanie, a nawet wściekłość. Współczesne społeczeństwo boi się okazywać emocje inne niż te pozytywne. Każdy z nas powinien być idealny, z wszystkiego zadowolony. Tkwić w bańce ułudy, pozorów. Co zabawne, nie znam nikogo, kto nie miewa momentów słabości, jednak nie chcemy o tym mówić. Wolimy przejmować się fasadą. Dbać o nasz dobry wizerunek. Ale czy warto? Myślę, że nie. W końcu nie musimy być odpowiedni dla wszystkich i vice versa. Przecież to takie proste! Może was to zdziwi, ale do prawie każdego z tych wniosków doszłam dzięki odcięciu się od pewnej toksycznej przyjaźni. I chociaż sam moment "amputacji" był dosyć traumatyczny, to po jego zakończeniu poczułam ogromną ulgę. Radość wynikającą z uświadomienia sobie prostego faktu. Nie potrzebuję Cię w moim najbliższym otoczeniu. Ba, nawet Cię tam nie chcę! Wyzwalająca lekcja, którą zaczęłam stosować w innych aspektach życia.

Wizerunek to zaledwie fasada

Dla wielu osób powierzchowność, to najważniejsze co mają. Szczególnie gdy przyjrzymy się działalności twórców w internecie. Dbając jedynie o pozory, zatracają się, gubią własną osobowość, rezygnują z zasad moralnych. Oszukują najważniejszego człowieka w swoim życiu — samego siebie, a przecież nie można być szczęśliwym żyjąc w kłamstwie. Dlatego zaczynając zmiany na blogu, doszłam do jednego, bardzo prostego wniosku. Z moimi odbiorcami, nawet jeżeli jest ich niewielu, zawsze będę szczera. Nie to, żebym do tej pory nie była, jednak jest pewna różnica między rzetelnością wynikającą z profesjonalnego podejścia do pisania recenzji, a byciu naturalną. Szczerą w osądach i opiniach. Dlatego długo zastanawiałam się o czym tak naprawdę chcę pisać, jakie tematy poruszać. Wiele do myślenia w tej kwestii dała mi współpraca z portalem Popbookownik, gdzie nareszcie mogłam odciąć się od recenzowania wyłącznie książek. Pokazać swoją inną stronę. Tę zakochaną w popkulturze. Pierwszy raz miałam szansę zabrać głos w trapiącej mnie, jednocześnie ważkiej kwestii — artykuł o Za hajs matki baluj. Ku własnemu zaskoczeniu stwierdziłam, że stworzenie tekstu-krytyki, było niezwykle ożywcze. Nie przez możliwość wyrażenia swojej dezaprobaty, a dzięki szczerości. Możliwości przedstawienia wam — czytelnikom, mojej prywatnej opinii, którą do tej pory ukrywałam. Dlatego naprawdę nie wiem, po co z takim uporem chowałam się za stosami książek, gdy zwyczajnie mogłam być sobą. Co najgorsze, sama narzuciłam na siebie takie ograniczenie. Myślałam, że dzięki dystansowaniu się od prywaty, recenzje będą bardziej rzetelne, ale najwyraźniej nie tędy droga. Przynajmniej dla mnie.

Jestem wdzięczna za to, co mam

Ta oczywistość dotarła do mnie po etapie usamodzielnienia się, wyfrunięciu z gniazda. Opuszczając dom rodzinny dotarł do mnie ogrom obowiązków, jakich nigdy nie musiałam wykonywać, bo ktoś robił to za mnie. Płacenie rachunków, ogarnianie najbardziej prozaicznych powinności. I chociaż ku własnemu młodzieńczemu niezadowoleniu, nigdy nie przynależałam do grona nastolatków, za które wszystko robiła mama, to świadomość autonomii, z pełnymi jej konsekwencjami, niezwykle mną wstrząsnęła. Dlatego, gdybym teraz miała zdefiniować moment rozpoczynający dorosłość, byłoby to pierwsze, samodzielne poszukiwanie mieszkania, a nie zdmuchnięcie osiemnastu świeczek na torcie. Odseparowanie od rodziny, z którą kiedyś mieszkałam, miałam na wyciągnięcie ręki, uświadomiło mi jeszcze jedną rzecz. Nieważne jak krnąbrna, odmienną od moich rodziców jednostką byłam, zawsze mogłam na nich liczyć. Na szczęście dalej mogę. Fantastyczna rodzina to coś, co nie każdemu jest dane. Mnie było i chyba wcześniej tego nie doceniałam. Przynajmniej nie tak, jak obecnie.

Jednak podpunkt ten dotyczy również rzeczy materialnych oraz tego, jak potoczyła się moją ścieżką zawodowa. Nie mogę narzekać, ponieważ wszystko mam. Chociaż o tym aspekcie mojego życia, opowiem więcej innym razem.

Pokochaj swoje wewnętrzne dziecko

Ponieważ urodziłam się w Międzynarodowy Dzień Dziecka, z zasady powinnam czerpać radość z tego, co bardziej przystaje najmłodszym. Właśnie dlatego, staram się to robić. Ba, z uporem maniaka zachęcam do tego innych. Mimo to, ostatnio zauważyłam, że coraz więcej osób z mojego rocznika, zmusza się do gwałtownego odcięcia od czasów młodości. Zupełnie jakby zmiany w metryce zobowiązywały nas do porzucenia wszystkiego co odrobinę niestosowne, niepraktyczne, albo zwyczajnie przyjemne. Wielu moich znajomych nagle zrezygnowało na przykład z popkultury. Sprzedało PS4, przestało grać w gry. Oglądanie filmów z uniwersum MCU uznają za infantylną rozrywkę z dumą zakładając maskę odpowiedzialnych rodziców, skrupulatnych pracowników, przykładnych partnerów. I nie zrozumcie mnie źle, jeżeli taka zmiana wynika z potrzeby serca, w pełni ją popieram. Jednak mam nieodparte wrażenie, że dla większości przypadków czynnikiem mającym wpływ na taką gwałtowną zmianę wizerunku, jest obawa o to, co pomyślą inni. Dlatego, zamiast czerpać samolubną radość z drobnych przyjemności otaczający mnie ludzie przejmują się tym, czy coś zrobić im wypada. Skomentuję to krótko. Jeżeli coś sprawia wam frajdę, nie myślcie o opinii osób trzecich. Bądźcie odpowiedzialni, ale szczęśliwi. Nauczcie się ignorować docinki o tykającym zegarze biologicznym. Miejcie w nosie odwieczne pytanie "To kiedy ślub?". Udawajcie głuchych na wyśmiewanie swoich "dziecinnych" fascynacji. Niech każdy żyje jak chce, bo nikomu nic do tego.

Wiem, że ten post może wydawać się bardzo poważny, za co chcę was przeprosić. Jednak powstał on z potrzeby serca. Redagowałam go przez kilkanaście ładnych dni — chyba jeszcze nigdy nie spędziłam tyle czasu nad jednym postem. Dopisywałam oraz usuwałam kilka wątków. Żaglowałam zdaniami, szukałam puenty, która może się wam przydać. Wszystko, by przypieczętować zmiany zachodzące w ostatnim czasie na blogu. Zmodyfikować jego treść na nieco bardziej prywatną, acz ciągle związaną z książki. I nie tylko! Dlatego będę wdzięczna jeżeli w komentarzach zostawicie swoje przemyślenia dotyczące powyższego tekstu lub samej reorientacji. Wasze wskazówki są dla mnie niezwykle pomocne! Jeżeli wolicie napisać do mnie prywatnie, również zachęcam. Facebook oraz mail (niedopisana.recenzja@gmail.com) stoją dla was otworem!

Fotografia na grafice: @brookelark

Prześlij komentarz

0 Komentarze

google.com, pub-5039018173211090, DIRECT, f08c47fec0942fa0