Za hajs matki baluj, czyli książki i cała ta rozpusta.


30 stycznia 2019 roku na polskim rynku wydawniczym pojawiła się budząca wiele kontrowersji pozycja „Za hajs matki baluj”. Na ponad dwustu stronach nieznani z imienia czy nazwiska twórcy zdecydowali się umieścić porady skierowane do młodych ludzi. To zbiór prostych wskazówek mających na celu pomoc nastoletnim imprezowiczom przetrwać sobotni melanż, poderwać wymarzonego chłopaka/dziewczynę czy zachęcić do zadbania o własne ciało, a wszystko podane w przyjemny dla zżytego z social mediami odbiorcy sposób. Brzmi niewinnie, prawda?
Celowo i z rozmysłem przedstawiając wam to „dzieło”, nie użyłam słowa książka. Zbiór zdjęć rodem ze Stocka, opatrzonych wątpliwymi pod względem treści wskazówkami, trudno nazwać mianem pełnoprawnej publikacji, nie urażając przy tym autorów, którzy w tworzenie swoich powieści wkładają serce, nie wspominając już o ogromie czasu. Wbrew temu, co napisałam na samym początku, wydany przez Edipresse wyrób książkopodobny nie jest niewinnym podręcznikiem przetrwania we współczesnych czasach. To naszpikowany seksizmem twór, sprowadzający życie młodych ludzi, a to kończy się po 30-stce, do obsesyjnego koncentrowania się na cielesności własnej oraz rówieśników. Bo nic nie liczy się tak jak jędrny biust, kształtna pupa i sześciopak na brzuchu.
Skandaliczna treść
Skandaliczna treść oburzyła nie tylko mnie, ale całkiem sporą część internetu, co zaowocowało wycofaniem „Za hajs matki baluj” z księgarń. I chociaż Empik w pustych słowach starał się wyjaśnić swoim zniesmaczonym klientom decyzję o promowaniu owego „eksperymentu wydawniczego”, to wszyscy wiemy, jaki był prawdziwy powód stworzenia i sprzedawania tak szkodliwych treści. Pieniądze. Podejrzewam również, że to właśnie brzęk spadających monet, albo raczej szelest banknotów, zmotywował Edipresse oraz założycieli fanpage’a Za hajs matki baluj, by wypluć ze swoich trzewi publikację celowo wulgarną, naszpikowaną ordynarną seksualnością.
Przystojniaka na imprezie nie wyrywa się na ładne oczy, musisz mieć także niezłe cycki.
Wczorajszy literacki skandal, o którym rozpisywały się praktycznie wszystkie portale internetowe, zmusił mnie do nieco innych rozważań niż te pojawiające się najczęściej — jak to możliwe, aby taka książka w ogóle ujrzała światło dzienne. Po raz kolejny zaszokował mnie stan polskiego rynku wydawniczego, który w pogoni za zyskiem dopuszcza się już praktycznie wszystkiego. Szerzenie seksizmu, uprzedmiotawiania kobiet oraz mężczyzn, wpajanie szkodliwych zachowań czy normowanie patologicznych zjawisk. Nie jestem psychologiem, więc być może nie powinnam wypowiadać się w tej kwestii, jednak uważam, że propagowanie tego typu treści „tworzy” ludzi, którzy w dorosłym życiu nastawieni są przede wszystkim na zaspokajanie własnych potrzeb. Egoistów nierozumiejących słowa „nie”, szczególnie w kontaktach międzyludzkich. Już teraz stara się nam — jako społeczeństwu, wmówić, że wszechobecne epatowanie seksem i brak poszanowania własnego ciała są czymś pożądanym oraz pochwalanym. Jak utwierdzane w takim światopoglądzie od najmłodszych lat dzieci mają bronić swojej indywidualności czy przekonań, skoro nawet my, dorośli, nie potrafimy tego robić?
Nie musisz rozumieć kobiet, wystarczy, że je zaliczysz.
Wydaje mi się, że wydawnictwa zapominają o ciążącym na nich obowiązku. Wbrew pozorom, taka działalność jak rozpowszechnianie książek jest niezwykle trudnym, jednocześnie odpowiedzialnym zadaniem. Oficyny powinny dostarczać treści wartościowe, skłaniające odbiorcę, w tym wypadku czytelnika, do zastanowienia się nad własnym życiem bądź postępowaniem. Kształtowanie osobowości to właśnie główny cel promowania literatury. Oczywiście książki służą również rozrywce i jest to czynnik tak samo ważny, jak edukacja, niemniej uczyć można także poprzez zabawę. Zatem za niemoralne uważam tworzenie różnego rodzaju produktów w momencie, gdy ich twórcy, liczą jedynie na gotówkę bądź kontrowersję, która ów dochód generuje. Bo nie ukrywajmy, to, co szokuje, sprzedaje się najlepiej. Wystarczy spojrzeć na popularność „365 dni” Blanki Lipińskiej albo powieści Piotra C.
Niedobre książki
Co więc książki takie jak „Za hajs matki baluj” robią źle? Przede wszystkim nie potrafią mówić o seksie. Mam wrażenie, że dużo częściej rozprawiamy na tematy związane z cielesnością, nie przyswajając przy tym niczego przydatnego. Mówiąc prościej, coraz więcej mówimy o seksualności, a coraz mniej o niej wiemy. Sprowadzając miłość fizyczną jedynie do przyjemności, zapominamy o intymności oraz jej ewentualnych konsekwencjach. Niechcianych ciążach, chorobach wenerycznych, gwałtach, dyskomforcie psychicznym wynikającym ze zbyt wczesnej inicjacji seksualnej bądź złego doboru partnerów. Właśnie dlatego nie powinno się utwierdzać młodych ludzi w przekonaniu, że hedonistyczne podejście do życia to najlepszy z możliwych wyborów, pozbawione wad. Seks i dobra zabawa nie są najważniejsze, a liczba zaliczonych panienek bądź też facetów nie oznacza tego, jak wartościowym człowiekiem jesteśmy. Wmawiając nastolatkom, że we współczesnych realiach liczy się jedynie wygląd, jednocześnie sprowadzając ciało do stref intymnych i ładnej buzi, ignorujemy cały ruch Body Positive. Obsesyjne dążenie do pozornie perfekcyjnej sylwetki dla wielu młodych staje się przyczyną problemów z odżywianiem, czynnikiem wpływającym na depresję, a w konsekwencji nawet na popełnienie samobójstwa.
Bez krępacji kuś, odsłaniaj brzuch, pokazuj cycki, wypinaj tyłek, ale tylko wtedy, kiedy faktycznie masz się czym pochwalić.
Promowanie przedmiotowego traktowania siebie oraz innych, pochwała kultury gwałtu, a nawet usprawiedliwianie prostytucji bądź używania seksu jako sposobu na dotarcie do upragnionego celu. Wszystko to znajdziecie w „Za hajs matki baluj”. Jeżeli autorzy uważali, że stworzyli przezabawną książkę, która piętnuje pewne obrzydliwe zachowania, uznając je za żart, to muszę przyznać, że to poczucie humoru niezwykle niskich lotów — kompletnie do mnie nietrafiające. Jeszcze gorzej jest, gdy uznamy, że treść ta została potraktowana przez twórców na poważnie, a wychwalana impreza stanowi najważniejszy punkt w życiu każdego z nas. Po co komu moralność, zasady czy godność. Wystarczy kilka kieliszków, parę drinków, by zrzucić okowy konwenansów i dać porwać się cudownej rozpuście.
Zaliczenie, bzykanie, ruchanie. To stanowi o poczuciu kobiecości lub męskości. Nie uprawiasz seksu? To niewątpliwie znaczy, że jesteś przegrywem, dla którego nie ma miejsca we współczesnym społeczeństwie. Nieważne, że za wszystkie przyjemności zapłacą rodzicie i to oni będą musieli borykać się z ewentualnymi konsekwencjami rozwiązłej dziatwy. Przecież szlachta nie pracuje, a kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
Pewna siebie laska nie ma problemu z tym, że supergość traktuje ją przedmiotowo.
Jedną rzeczą, która irytuje mnie nawet bardziej niż fakt szkodliwości wydanego przez Edidpresse wyrobu książkopodobnego, jest spłycanie młodzieży oraz problemów trapiących dorastającego człowieka. Gorączkowa potrzeba bycia akceptowanym przez rówieśników, próba zidentyfikowania własnej osobowości czy celu w życiu, a do tego problemy sercowe i buzujące hormony. Któż z nas nie pamięta tego trudnego momentu? Tym bardziej ubolewam nad faktem, że praktycznie każdy, od wydawnictwa, przez autorów oraz gorączkowo broniącego się Empiku, traktuje nastolatków jak niedorozwiniętych podludzi, kierujących się jedynie chucią. Zwracających uwagę jedynie na powierzchowność, bo przecież osobowość jest passé. Młodzież, która archaiczne książki uważa za szczyt lamerstwa, wybierając prostą w formie i przyjemną dla oka kulturę obrazkową. Szkoda, że osoby wypowiadające tę opinię najgłośniej nawet nie próbują zmienić myślenia o książkach wśród młodych. Może zamiast narzekać, warto wysilić się, by zaoferować coś wartościowego, otwierającego młode umysły, zmieniającego ich światopogląd.
Na koniec pragnę polecić Wam trzy rzeczy.
Po pierwsze książkę wydawnictwa W.A.B., która w przeciwieństwie do „Za hajs matki baluj” ma młodym ludziom do zaoferowania sporą dawkę wiedzy dotyczącej seksu i seksualności właśnie. „#SEXEDPL” to zbiór pouczających rozmów ze specjalistami, wypowiadającymi się na tematy cielesności  bez pruderii czy krępacji.
Po drugie film dokumentalny „Liberated. The New Sexual Revolution” poruszający kwestię współczesnej rewolucji seksualnej oraz jej konsekwencji, dostepny na Netflixie.
Po trzecie coś dla osób nieco dojrzalszych emocjonalnie —  reportaż „The Hunting Ground”, idealnie dopełniający treść książki „Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim” autorstwa Jona Krakauera (Wydawnictwa Czarne).


Artykuł stworzony na potrzeby portalu Popbookownik

You May Also Like

0 komentarze