Granice polskiej prozy. „Horyzont” – recenzja książki


Twórczość Jakuba Małeckiego nie jest mi obca, ba, po lekturze RdzyŚladów oraz Dygotu książki polskiego autora uznałam za jedne z ciekawszych na rodzimym rynku. Dlatego naturalną koleją rzeczy było to, że sięgnęłam po Horyzont. Powieść odrobinę inną od poprzednich – przynajmniej tak się wydawało.

Już po przeczytaniu opisu zauważyłam, że autor zrezygnował z dwóch elementów, które w wyżej wymienionych tytułach polubiłam najbardziej. Barwne, słodko-gorzkie historie wielopokoleniowych rodzin ustąpiły miejsca losom (jedynie) dwójki bohaterów, a swojska prowincja zamieniła się w wielkomiejski zgiełk i pęd, co nie specjalnie mnie przekonało. Zacznijmy jednak od początku.

PTSD w pigułce

Mariusz Małecki, dla przyjaciół Maniek, weteran misji w Afganistanie, i rozpoczynająca życie na własny rachunek Zuza mieszkają w sąsiadujących kawalerkach na warszawskim Mokotowie. Niepozorna relacja, która zaczyna się przy stercie brudnego prania, przeradza się w trudną do nazwania więź, balansującą na granicy przyjaźni i romansu.

Jednak nie o budzące się między bohaterami uczucie chodzi, a o skrywane tajemnice oraz pielęgnowane traumy. Co takiego wydarzyło się w życiu Mańka, że nie potrafi poradzić sobie z zespołem stresu pourazowego? Jakie sekrety wprowadziły rodzinę Zuzy w patologiczny letarg?

Trauma niejedno ma imię

Horyzoncie wydarzenia przedstawione zostały z dwóch perspektyw. Nadaje to dynamiki lekturze, umożliwia płynne przeskakiwanie między wydarzeniami. Ponadto – co szczególnie istotne – zmiana punktów widzenia pozwala nakreślić traumy bohaterów. Zupełnie różne, a jednak podobne. Maniek cierpi z powodów PTSD. Wojna odcisnęła na nim piętno. To, co przeżył i zobaczył, zmieniło jego postrzeganie rzeczywistości. Nie potrafi jeść, spać, chodzić po ulicach Warszawy tak, by nie powracały do niego wspomnienia z bolesnej przeszłości. Psychiczny uraz z pola bitwy przeplata się z tym zdecydowanie bardziej prozaicznym – traumą z dzieciństwa.

Zuza jest półsierotą, a utrata matki doświadczyła ją niezwykle boleśnie. Zmieniła oblicze całej rodziny kobiety. Babcia, ojciec, a nawet wujek, wszyscy skrywają tajemnice, które zamieniają dom w istne pole minowe pełne półsłówek i milczącej grozy.

Ten cały ogrom dysfunkcji nie tylko wzrusza czytelnika, ale pozostawia z dźwięczącym pytanie: „Co tak właściwie się wydarzyło?”.

Uwaga tajemnica

Jeśli jesteście osobami, które w książkach poszukują tajemnic i zaskoczeń, Horyzont z całą pewnością przypadnie wam do gustu. To właśnie niewiadome oraz chęć odsłonięcia wszystkich literackich kart napędza czytelnika do brnięcia przez dosyć powolnie płynącą fabułę. Nie ma tutaj miejsca na akcję, nie ma mowy o pędzącej historii. Wszystko toczy się własnym rytmem, bo czy i nasze życie tak nie wygląda? Nudno oraz stabilnie, a tylko od czasu do czasu zdarza się większe tąpnięcie.

Czytając Horyzont, czułam się odrobinę jak hodowca mrówek obserwujący swoją owadzią farmę. Trzymając bohaterów wręcz pod lubą, oglądałam zmagania Mańka i Zuzy z traumami, śmiercią bliskich oraz próby pogodzenie się z tym, co najbardziej zagadkowe – niepewną przyszłością. Mimo ogromnych różnic w historii postacie wykreowane przez Małeckiego okazują sobie wsparcie najlepiej, jak tylko potrafią (nawet gdy jest to wsparcie wątpliwe moralnie, polegające na okłamywaniu innych). 

Gdzie ta magia?

Nawet jeśli opowieść Mariusza jest tym głębszym, trudniejszym wątkiem Horyzontu, to przekornie historia Zuzy bardziej mnie zaintrygowała. Opowieść kobiety, której rodzina (mimo dojrzałego wieku) nie dopuszcza do prawdy, sprawiła, że chciałam czytać dalej – jak najszybciej poznać wszystkie sekrety. Bo to właśnie za liczne niewiadome, swego rodzaju grę z odbiorcom, pokochałam poprzednie książki Małeckiego. Portretowanie dysfunkcyjnych rodzin skrzywdzonych przez ślepy los to zdecydowanie największy atut pisarza, który mimo ogromu tragedii wplata do historii odrobinę magii. I tutaj pojawił się pierwszy zgrzyt, bo to właśnie Horyzont jest w twórczości Małeckiego najbardziej przyziemną, a nawet zwyczajną, powieścią i na próżno szukać w niej realizmu magicznego.

Zmiana nie zawsze na lepsze

Doceniam to, że Jakub Małecki wyszedł ze swojej strefy komfortu, że zaczął eksperymentować z odrobinę innymi bohaterami, nowymi miejscami – chociaż tematy pozostają podobne. Dużo tutaj żalu, śmierci, problemów wynikających z trudnej przeszłości i braku rozmów. Jednak czegoś w Horyzoncie brakuje. Powieść sprawia wrażenie niekompletnej, posiadającej potencjał, ale niewykorzystany. Może dłuższa forma posłużyłaby książce, może głębsza analiza psychiki bohaterów byłaby czymś, na co powinien połasić się pisarz. Jednym słowem w historii brakuje puenty, domknięcia. Czegoś, co pozostawi czytelnika z głową pełną pytań i wątpliwości.


Podsumowanie

Metafora Horyzontu jest czymś oczywistym. Wyznaczenie granic, podział na części, dwójka bohaterów, kobieta i mężczyzna, dwie historie, tajemnice i ich odkrywanie, przeszłość i niepewna przyszłość. Cudowna koncepcja – niestety nie spełniła moich oczekiwań. I nie, nie zrozumcie mnie źle. Opowieść o Mańku (doceniam żart oraz zacieranie granicy między fikcją a prawdą) i Zuzie jest wciągająca. Naprawdę rozumiem, że można się nią zachwycić, ale moim zdaniem nie utrzymała poziomu poprzednich książek Małeckiego. Po prostu. Jednak to wcale nie oznacza, że Horyzont jest złą historią. Nie. To tytuł przyzwoity, który (mimo wszystko) warto przeczytać.

Ocena: 6/10

Publikowanie komentarza

0 Komentarze

google.com, pub-5039018173211090, DIRECT, f08c47fec0942fa0