GOT-owi odcinek 1, sezon 8 — omówienie ze spoilerami


Po prawie dwóch latach, a konkretnie pięćset dziewięćdziesiąt pięć dniach gorączkowego oczekiwania i snucia domysłów, fani sagi Pieśni lodu i ognia doczekali się finałowego, ósmego sezonu najbardziej epickiego serialu w historii.

Gra o tron dumnie wkroczyła na serwery HBO GO, rozgrzewając je do czerwoności. Nic w tym dziwnego, gdyż najdłuższy od emisji pierwszego, pilotażowego odcinka okres oczekiwania, osiem lat, zaowocował wieloma teoriami spiskowymi. Kto zginie, kto zasiądzie na Żelaznym Tronie, kto okaże się Azor Ahai oraz najważniejsze z pytań, czy Jon Snow zacznie coś nareszcie wiedzieć? Odpowiedzi mamy poznać zaledwie w sześciu nadchodzących odcinkach. Na pocieszenie dodam, że ponad połowa z nich będzie trwać około osiemdziesięciu minut, co jest równoznaczne z czasem zarezerwowanym dla pełnego metrażu, a nie serialowego formatu. Jednak GOT przyzwyczaił nas — widzów, do zrywania z ograniczającymi kreatywność schematami, by stworzyć najwspanialszą z możliwych produkcji, która zostanie w sercach miłośników fantasy na zawsze.

GOT-owi do startu

By rozgryźć to, co zobaczymy na ekranach naszych telewizorów lub komputerów zdecydowałam się na stworzenie cyklu GOT-owi, polegającego na szczegółowym omawianiu najnowszych odcinków Gry o tron. Ponieważ wszyscy wiemy, że diabeł tkwi w szczegółach — zwłaszcza w adaptacji powieści George'a R.R. Martina, dobrze jest przyjrzeć się pewnym zajściom jeszcze raz. Nawet jeżeli zostają podane w pisemnej formie. Jak więc rysują się wydarzenia nakreślone przez scenarzystę Dave'a Hilla w epizodzie zatytułowanym Winterfell?

Zima nadeszła

Już na samym początku widzów czeka ogromna niespodzianka. Niezwykle popularna czołówka stworzona prze Elastic Studio zostaje zamieniona na dużo skromniejszą — pozornie, przedstawiającą zaledwie trzy lokacji. Last Hearth, Winterfell oraz King's Landing. Miejsc kluczowych dla wydarzeń nadchodzących w ósmym sezonie. Dzięki niezwykłemu podejściu do detali oraz architektury, przedstawieniu elementów charakterystycznych dla poszczególnych budynków, całość nabiera nowego, intrygującego wymiaru, podkreślając jednocześnie, że zwieńczenie serialu nadchodzi wielkimi krokami, a na szachownicy zostało raptem paru liczących się graczy, zgromadzonych niezwykle blisko siebie.



Królewska gra

Porównanie do partii szachów nie jest przypadkowe, ponieważ to, co niesie ze sobą pierwszy epizod GOT, niezwykle przypomina nowe rozdanie starych figur. Reżyser odpowiedzialny za kreację odcinka — David Nutter — zdecydowanie postanowił poprowadzić aktorów w myśl maksymy show don't tell. Większość zawiłych relacji wśród bohaterów zagrana została na bardzo drobnych gestach, nieznacznych zmianach w mimice lub przelotnych spojrzeniach. Każdą sympatię lub antypatię widać tutaj jak na dłoni, co w późniejszych epizodach może okazać się niezwykle istotne. Winterfell bowiem stoi na współzależnościach dawno niewidzianych wrogów, przyjaciół, a nawet małżonków, którzy w obliczu nadchodzącego zagrożenia muszą połączyć swoje siły, chociaż nie wszystkim jest to na rękę. Dlatego tempo pierwszego odcinka bywa niezwykle wolne, składające się z wielu mniejszych interakcji między poszczególnymi postaciami. I tak na prowadzenie wysuwają się Starkowie, których spotkaniom poświęcono najwięcej czasu antenowego. Rodzina i przyjaciele bowiem są najważniejsi, szczególnie gdy mur definitywnie runął, a Nocny Król nieodwołalnie zawłaszczył martwego Viseriona — o czym nie omieszkało poinformować wszystkich wcielenie Trójokiej Wrony. Wróćmy jednak do duetów, które w tym epizodzie zmuszone zostały do prowadzenia mniej lub bardziej znaczących potyczek słownych. Jon nareszcie znajduje chwilę, by spotkać się z młodszym rodzeństwem — Arią i Branem. O ile interakcja z siostrą przebiega raczej w pozytywnej atmosferze — jej celem jest przypomnienie "bękartowi" Neda o istocie wartości rodzinnych, tak słowa młodego wieszcza wypowiedziane w kierunku Snowa brzmią dziwnie, wręcz niepokojącego. 
Jesteś mężczyzną.
Prawie.
Czy to oznacza, że najmłodszy z żyjących Starków myśli o sobie bardziej jako o Trójokiej Wronie niż człowieku? A może za tym jednym, prostym słowem kryje się coś zdecydowanie więcej? Pewnie i na rozwiązanie tej zagadki przyjdzie odpowiednia pora. 

Przejdźmy więc do oczekiwanego przez wielu fanów spotkania silnych, spragnionych władzy kobiet. Daenerys oraz Sansa zdecydowanie nie przypadły sobie do gustu, czego skutkiem są liczne utarczki, w tym także zawoalowana groźba Matki Smoków wystosowana do rudowłosej wilczycy oraz buntujących się przeciwko niej Lordów — na czele z Lady Lyanną Mormont. Smoki podobno jedzą wszystko, na co przyjdzie im ochota. Być może również zbuntowanych ludzi północy. Oczywiście to nie koniec spotkań, a zaledwie początek. Swoje pięć minut mają także relacje prawie małżeńskie wspominanej już Lady Stark oraz Tyriona, Aryi dogryzającej Ogarowi oraz zalotnie uśmiechającej się do Gendrego, a przede wszystkim najbardziej zaskakującego zejścia się ostatnich członków z rodu Greyjoyów — Tary oraz ostatecznie odmienionego Theona. 

Kobiety nigdy nie zadowolisz

Realia Westeros nie kończą się na skutym lodem Winterfalle, o czym doskonale pamięta strzegąca włości Lannisterów oraz Żelaznego Tronu Cersei. Zamknięta w bezpiecznej — jak na razie, Królewskiej Przystani. Uzbrojona w Żelazną Flotę, konie i Złotą Kompanię, kapitana Stricklanda, nie okazuje strachu nawet na myśl o armii białych wędrowców. Samozwańcza Królowa Siedmiu Królestw, mimo złudnego bezpieczeństwa, nie marnuje swojego cennego czasu, sprawiedliwie nagradzając Eurona, a także zlecając Bronnowi zadanie godne najemnika. Zabić Tyriona i Jaimego z kuszy przypominającej tę, z której zginął sam Tywin. Tylko słoni żal.



Po trzecie

Mogłabym jeszcze wymieniać wiele drobnych elementów, które składają się na pierwszy, niepowtarzalny odcinek ósmego sezonu, jednak czy rozmowa Dorasa, Varysa i Tyriona o zalegalizowaniu związku Króla Północy i Matki Smoków jest istotna? Podobnie jak informacja o sprzeciwie Glovera, który postanawia zostać w Deepwood Motte, ignorując przysięgę daną bękarciemu Starkowi? Szczególnie że Winterfell zaoferował widzom trzy, najbardziej przełomowe momenty.

Po pierwsze scena, jak z filmu grozy, gdzie Berik oraz Tormund natrafiają na zwłoki dziecka Umberów przybitego do mozaiki odciętych kończyn pozostałych domowników Ostatniego Domostwa. Ewidentnego znaku wystosowanego bezpośrednio przez Nocnego Króla. Informacji, że przybywa i zdecydowanie nie bierze jeńców.

Po drugie fragmentu fantastycznie zagranego przez Johna Bradleya (Samwell Tarly), powstrzymującego łzy na wieść o zamordowaniu przez Daenerys Randalla oraz Dickona. Poruszająca reakcja chyba jedynego, w pełni pozytywnego bohatera, chwyta za serce nawet największych fanów Dany, a jej przeciwnikom zapewnia kolejny argument w dyskusji, dlaczego córka Szalonego Króla nie powinna zasiadać na Żelaznym Tronie. Trudno się dziwić, ponieważ skrzywdzenie Sama jest równoznaczne z biciem niewinnego, pociesznego szczeniaka. Jednak nawet najbardziej uroczy pies potrafi kąsać. A Tarly wie naprawdę wiele. W przeciwieństwie do Jona iście zszokowanego na wieść, że jest synem Lyanny Stark oraz Rhaegara Targaryena — Aegonem, prawowitym dziedzicem tronu Westeros.

Po trzecie scena zamykająca cały odcinek. Nieuniknione spotkanie Jaimego przybywającego do Winterfell z chłopcem, którego uczynił kaleką, rozpoczynając lawinę wydarzeń w Grze o tron. Brana.

Gdzie te smoki

Na zakończenie dodam kilka subiektywnych przemyśleń. Parę refleksji, do których skłoniły mnie poszczególne sceny, jak i wydźwięk całego epizodu. Winterfell to ewidentne preludium w ostatecznej pieśni twórców GOT. Wstęp przygotowujący widzów na dalszy ciąg zapierających dech w piersi przygód. Ostatecznej partii, którą zakończy głośni okrzyk "szach-mat". I chociaż atmosfera odcinka zagęszcza się z każdą kolejną minutą, dążąc do tego, co nieuniknione — ataku białych wędrowców, jednocześnie nie szczędząc patosu, bywają momenty rozluźnienie. Żarty o jądrach (oraz ich braku) lub wyśmiewania rodowych herbów dodają uroku, zachowując idealną równowagę między podniosłym a rozrywkowym charakterem produkcji. Pierwszy odcinek ósmego sezonu adaptacji Pieśni lodu i ognia jest również fantastycznym nawiązaniem do pilota — Winter is coming. Oprócz samej klamry pod postacią spotkania Brana z Królobójcą, mamy niezwykle dosadną scenę przedstawiającą chłopca biegnącego przez tłum w celu podziwiania przemarszu wojsk Nieskalanych i Dothraków zakończoną najazdem na Arię. Pamiętacie małą dziewczynkę pragnącą podziwiać wojska Lanisterów wjeżdżające do Winterfell? Takich smaczków mamy tutaj dużo więcej, więc bądźcie czujni!

Ostatnia, najważniejsza kwestia. Smoki. Część serialu — nie licząc bitew, na którą poświęcone zostają niezliczone miliony (dosłownie) monet ze strony HBO. Budżet pierwszego odcinka ewidentnie uwzględnił Rhaegal i Drogona. Pojawienie się w skutej lodem krainie dwóch dorosłych gadów, wzbudziło grozę, popłoch wśród wielu mieszkańców Północy, a sam moment lotu na ogromnych bestiach dosiadanych przez Johna oraz Daenerys — relacji zagranej bez jakichkolwiek uczuć, wywołuje uśmiech na twarzy. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie uczepiła się jakości CGI, które szczególnie w momentach zbliżenia na pyski smoków wydaje się odrobinę nienaturalne. Winowajcą, najprawdopodobniej, jest złe oświetlenie w procesie postprodukcyjnym lub niepoprawne użycie Image Based Lighting. Niemniej sam lot, mimo wad, cieszy oko, a spojrzenie Dragona wygrywa absolutnie wszystko.




Omówienie stworzona na potrzeby portalu Popbookownik

Prześlij komentarz

0 Komentarze

google.com, pub-5039018173211090, DIRECT, f08c47fec0942fa0