Złodziejka książek - Markusa Zusaka


Motyw wojny w literaturze, szczególnie współczesnej, występuje niezwykle często. Wystarczy zajrzeć na półki w dowolnej księgarni lub bibliotece, by odkryć, że zorganizowane konflikty zbrojne inspirują wielu autorów z całego globu. W swoim ogromie niedorzecznego cierpienia i grozy, krwawy bój pobudzał wyobraźnię wielu twórców — również tych polskiego pochodzenia. I trudno się temu dziwić, gdyż wojna, szczególnie ta druga, ugodziła nasz naród niezwykle głęboko, pozostawiając wyraźną bliznę. Nie oznacza to jednak, że perspektywa, którą posiadamy, jest tą jedyną, słuszną, a my sami, mamy wyłączność na opowiadanie brutalnej historii dziejów. Czasami bowiem, istnieją opowieści dużo bardziej skomplikowane w swej zwyczajności, niezwykle poruszające mimo braku odważnych czynów, czy zmieniających bieg świat wydarzeń.

Dziewięcioletniej Liesel Meminger zimą 1939 roku umiera młodszy brat. Tego samego dnia, którego wraz z matką na zawsze żegna się z Wernerem na przypadkowym, pokrytym śniegiem cmentarzu, dziewczyna kradnie swoją pierwszą książkę. Czarny przedmiot ze srebrnymi literami na okładce. Tak zaczyna się ta historia.


Już na wstępie chciałam rozprawić się z pewną pogłoską, którą przeciwnicy prozy Markusa Zusaka nagminnie przytaczają. Opowieść o dzieciństwie Liesel mianowicie ma służyć wybieleniu niemieckich zbrodni w oczach czytelników, a co za tym idzie, wszystkich krajów, które zdecydowały się na przełożenie powieści. I faktycznie, na pierwszy rzut oka może wydawać się, że w położonym obok Monachium miasteczku Molching, pomieszkuje nieproporcjonalnie wielu, pozytywnych Niemców. A przecież mówimy o realiach II wojny światowej, gdzie około dziewięć milionów obywateli należało do NSDAP — Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników. Jednak pamiętajmy, że na tle powieści opisującej pozornie niewinne dzieciństwo małej dziewczynki, dzieje się wiele brutalnych scen. W tym jedna, najbardziej oczywista. Ukrywanie żydowskiego mężczyzny — Maxa. Skala cierpienia i terroru zdaje się więc proporcjonalna do realiów liczącej niewielu członków mieściny. Widzimy przecież ślepą miłość kilku postaci do Führer, którzy z dumą wypowiadają "Heil Hitler", jesteśmy świadkami indoktrynacji wywieranej na obywatelach, w tym również tych najmłodszych lub palenia książek. Dlatego nie widzę owego wybielenia, jedynie zmianę perspektywy, która dla odmiany nie przedstawia oczywistych ofiar. Polaków, Żydów, Romów. Koncentruje się za to na zwyczajnych, niemieckich obywatelach, bo pamiętajmy, chociaż byli w zdecydowanej mniejszości, także wśród nich zdarzali się dobrzy ludzi.


Elementem, który urzeka w powieści Markusa Zusaka chyba najbardziej, jest wyjątkowy, szczególnie w wykonaniu tak niedoświadczonego pisarza, sposób narracji. Życie niemieckiej dziewczynki bowiem, obserwujemy oczami Śmierci we własnej osobie. I niech was nie zmyli wizja chmurnego kosiarza, łypiącego z nienawiścią spod kaptura na wszystko, co żywe. Kostuchę, a raczej kostucha, w wydaniu australijskiego twórcy, wraz z biegiem lektury, poznajemy jako postać współczującą i dobrą, bezinteresownie przejętą losem Liesel. Oczywiście, obranie tak nietypowego podmiotu lirycznego ma skutki uboczne. W swojej abstrakcyjnej, wszechwiedzącej formie Śmierć zdaje się nie przywiązywać wagi do rzeczy tak trywialnej, jak chronologia, co skutkuje dosyć specyficznymi retrospekcjami. Chociaż wydarzenia często nie wynikają z siebie nawzajem, to braku oczywistej kolejności w ich przedstawianiu, nie uważam za mankament. Wręcz przeciwnie. Ta niezwykła forma nadaje jedynie dynamiki całej powieści. Czyni ją zdecydowanie ciekawszą, pozwalając czytelnikowi pokochać Liesel oraz wszystkich mieszkańców fikcyjnego Molching.


Jakkolwiek autentyczna może wydawać się rzeczywistość wykreowana przez Zusaka, tak z bólem serca muszę przyznać, że jest ona czystą kreacją. Nie zmienia to jednak faktu, że każda z zamieszkujących Himmelstrasse osób, jest stworzona niezwykle skrupulatnie. Wszyscy bohaterowie posiadają indywidualny, wielowymiarowy charakter. Na pierwszy rzut oka gruboskórna Rosa skrywa dobrotliwe wnętrze, wzór ojcostwa pod postacią srebrnookiego Hansa rozkochuje w sobie czytelników. Nawet postacie trzecioplanowe, jak Ilsa Hermann, czy Frau Holtzapfel, mogły liczyć na własne pięć minut, wzbudzając sympatię lub wręcz przeciwnie, antypatię. I chociaż mogę się mylić, decyzja o stworzeniu realiów namacalnych w swojej ułudnej formie, jest oczywista — jak najbardziej trafna. Dzięki takiemu zabiegowi Molching nabiera metaforycznego wydźwięku, będąc dla odbiorcy miejscem neutralny oraz uniwersalnym. Czytając o życiu Liesel, nie mamy przed oczami niemieckiego miasteczka, a dowolne, wybrane przez siebie miejsce. Bo wbrew pozorom, wojna dla ludności cywilnej, na każdym terenie jest podobna i tak samo okrutna.


Potęga Złodziejki książek kryje się w prostocie i naturalności. To fakt niepodważalny. Ujmująca w przedstawianiu codzienności fabuła porusza dużo bardziej niż większość powieści. Wszystko za sprawą delikatności, z jaką mówi o trudnych sprawach. W prozie Zusaka nie znajdziemy patetycznych scen, których celem jest moralizowanie czytelników. Ten konkretny autor nie jest w swojej twórczości nachalny. Pozostawia sporo miejsce do interpretacji czytelnikowi, wierząc w jego wrażliwość. Właśnie dlatego ta nostalgiczna historia o dorastaniu, rozkochuje w sobie tak wielu ludzi oraz zbiera praktycznie same pozytywne recenzje. Więc i ja nie będę ukrywać, jak wielu przede mną, pokochałam tę opowieść.

Ostatnią rzeczą, na jaką warto zwrócić uwagę, jest wznowione przez wydawnictwo Nasza Księgarnia wydanie — urzekające swoją oprawą graficzną. Wszystko, począwszy od dobrze zaprojektowanej obwoluty w twardej oprawie, przez ilustracje stworzone przez Trudy White, po jakość papieru, wykonania składu i łamania, jest idealne. Podział powieści na części z wyliczonymi, jak w szekspirowskiej sztuce, aktami, a nawet występującymi w "dramacie" osobami, jest niezwykle oryginalnym dla prozy. Dlatego zasługuje na uwagę. Doceniam również ciężką pracę tłumaczki — Hanny Baltyn oraz duetu pań odpowiedzialnych za korektę — Lucyny Dyczkowskiej i Ewy Mościckiej, bez których ta powieść, nie wyglądałaby tak samo.


W wypadku tej konkretnej książki im mniej wiemy przed jej lekturą, tym lepiej. Dlatego skończę już mój wywód dotyczący zawartości, ograniczając się do prostego zdania. Jeżeli jeszcze nie czytaliście Złodziejki książek, koniecznie naprawcie swój błąd. Naprawdę warto.


Ocena: 9/10

You May Also Like

0 komentarze